DM, Zaklęty Zaułek i lukrowane jabłka, czyli świąteczna wizyta w Greifswaldzie

21:51

Wyjazd ten planowaliśmy już od miesiąca, ale niemal do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy czy dojdzie do skutku. A wszystko przez Pana Lakiernika, który ciągle przekładał lakierowanie naszego środka lokomocji. Chcieliśmy też zabrać moją Mamę, która nigdy nie miała okazji być w Niemczech. Czekaliśmy więc w niepewności na grafik, na Pana Lakiernika i w końcu na pieniążki :) Kiedy już mieliśmy wszystko załatwione - ruszyliśmy w znane-nieznane :)

Jak zwykle przed podróżą spałam stanowczo za mało. Późno poszłam spać, wcześniej niż budzik obudził mnie kot - 5 godzin snu to przecież i tak za dużo, nie? :) Później był prysznic, śniadanie i jajka na miękko, suszenie włosów, makijaż, spakowanie ostatnich potrzebnych rzeczy, dokarmienie kota na cały dzień i siup do samochodu po Mamę. Ostatnie tankowanie i jedziemy. Cały krajobraz po drodze skąpany był we mgle. Do tego stopnia gęstej, ze nie raz widoczność spadała do może 300 m, co przy prędkości AutoBahnowej, nie jest fajne. Nim jednak się obejrzeliśmy parkowaliśmy na parkingu w Neuenkirchen. Miejscowości tuż obok Greifswaldu, gdzie mieści się duże centrum handu różnego, w tym punkt na naszej zakupowej mapie Niemiec - drogeria DM. Dla tych z Was, którzy jeszcze nie wiedzą co to, wyjaśniam. Drogeria, jak Rossmann, ale lepsza. W swojej ofercie ma dużo fajnych kosmetyków w nieraz śmiesznych cenach, zarówno tych z pielęgnacji, jak i kolorówki. Pierwszy raz byliśmy tu w drodze powrotnej z Rugii we wrześniu. Trochę na próbę, trochę z mojej ciekawości. Produkty, które wtedy kupiliśmy w dużej mierze przypadły nam do gustu, dlatego zdecydowaliśmy się tu wrócić, mimo dystansu prawie 200 km w jedną stronę.

Na zakupy przygotowałam się z "głową" - zrobiłam listę interesujących mnie produktów, sprawdziłam składy, porównałam je i wybrałam najlepsze. I jak wyjeżdżaliśmy, zostawiłam "głowę" w segregatorze z notatkami do szkoły... Starałam się jednak nie dać porwać emocjom i wybierałam tylko produkty, które uznawałam za warte uwagi, zwłaszcza z kolorówki. Później zatonęliśmy w żelach pod prysznic. Tam normalnie popłynęliśmy :) Wąchaliśmy, przebieraliśmy, oglądaliśmy i wybraliśmy trochę. Myk na półkę z olejkami do ciała. Tego, który najbardziej mnie interesował nie znalazłam, ale wzięłam mojego drugiego faworyta. Dalej pognaliśmy na szampony - Jarek już zaczynał mieć dość, w dodatku ma za dobry kalkulator w głowie i ciągle liczył ile już nam zeszło (w dodatku przy kasie pomylił się tylko o 2 Euro!), tak więc wybór szamponów był znacznie łatwiejszy niż zakładałam. Zajrzeliśmy także na półkę z herbatkami i wybraliśmy naszego ulubionego RotBusha z pomarańczą :)


Z Jarkiem na deptaczku. Jego relację z naszego wyjazdu oczami pomorzofila możecie przeczytać <TUTAJ>


Medialny debiut Mamy :)

Po zakupach w DM ruszyliśmy w stronę Greifswaldu na jarmark świąteczny. Zaparkowaliśmy jak zwykle koło rzeki i ruszyliśmy na Stare Miasto. Mimo dość obiadowej / lunchowej pory na deptaku można było spotkać wiele osób. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zaszli do Rossmanna po więcej RotBusha (tym razem solo) i po Arizonki z miodkiem :) Mmmmniami :D A dalej już tylko zwiedzaliśmy : Stare Miasto, Jarmark, Uniwersytet, Zaklęty Zaułek, Deptak i Rynek. A w Zaułku spotkaliśmy ekipę z Bloku Wschodniego - Bolka, Lolka, Krecika oraz Wilka i Zająca :P UWAGA - teraz będzie dużo zdjęć :)









Domek w Kratkę i miejsce gdzie zaczynał się Magiczny Zaułek

Na Rynku weszliśmy na Jarmark, który był ... mocno odpustowy. Niemcy to jednak lubią tandetę. Obok budek z żarciem wszelakim stały automaty z pluszakami i tory do jazdy samochodzikami, takie jak w wesołych miasteczkach. Na stoiskach ze słodyczami obok przepięknych świątecznych pierników, znalazłam jabłka w czerwonym karmelu / polewie, które wyglądają po prostu nieziemsko świątecznie. Oczywiście jedno wpadło do torebki :) Niestety w nocy cały karmel się rozpuścił i nawet wstawienie go do lodówki nie pomogło...





Kulki z wiórków kokosowych z malinami

Na Deptaku przypadkowo znalazłam sklep z pysznościami od Yankee Candle. Mając jeszcze trochę grosza w kieszeni zaszliśmy i troszkę poprzebieraliśmy w zapachach. Dobijający jest jednak fakt, że w tak niewielkiej mieścinie można znaleźć stacjonarnie wielką szafę YC, natomiast w dużo większym Szczecinie jedynie pojedyncze produkty. Jesteśmy zapupiem Europy, dosłownie...



Po tym, jak już troszkę zgłodnieliśmy i zmarzliśmy postanowiliśmy znaleźć jaką miłą kawiarnię i przysiąść. Można rzec, że padło na naszą stałą miejscówkę - nazwy Wam niestety nie podam, bo za nic znaleźć nie mogę, ale lokal znajduje się na deptaku i nad wejściem dynda wielki precel :) . Mają spory wybór kanapek i zapiekanek oraz trochę słodkości. Mam i jarek wybrali kanapki z herbatką, ja ciasto makowo-serowe z cappuccino. Kierowca musi być w końcu na chodzie, nie? Ogrzaliśmy się, pogadaliśmy, ustaliliśmy co i jak ze Świętami, a gdy lokal zaczął się zapełniać ruszyliśmy z powrotem na Rynek. 



Nieciekawa pogoda okazała się naszym sprzymierzeńcem, bo już koło 15 odpalono światełka i nagle wszystko nabrało świątecznego klimatu... Gdy Jarek pstrykał, ja z Mamą wydawałyśmy ostatnie Euro na prażone orzechy, kulki z wiórek kokosowych z malinami oraz (ponownie) na woski z YC. Gdy już wszyscy przemarzliśmy do szpiku kości ruszyliśmy w podróż powrotną do domu.




Blogger znów się wypiął i nie chce widzieć moich linków z YT...

W niedzielę mocno odsypiałam. I nawet śniło mi się, że w Japonii z MaxLashem byłam na jakieś sesji zdjęciowej znowu :P Tylko ta Japonia jakoś tak mało japońska była...





Pozdrawiam

***

Magda

You Might Also Like

3 komentarze

  1. O kurcze byłam w tej miejscowości przed świętami na chwilę, ale zawitałam tylko do DM. Szkoda, że nie miałam więcej czasu na zwiedzanie bo chętnie bym zajrzała do tego sklepiku z YC :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Szczecinie w Starej Cegielni jest Bomb World i tam mają stoisko z YC i Bomb Cosmetics itp. Jakoś na początku roku wprowadzili. Dodatkowo wg moich zaufanych informatorów Dm ma być w Pasewalku :)

      Usuń